Ogłoszenie >> poniedziałek, 23 marca 2009 14:17:52
Moi drodzy!

Nie wiem, czy wróciłam i co będzie się działo akurat na tym blogu. W trakcie przymusowej przerwy, czy innymi słowy niespodzianki, jaką sprawił nam radośnie serwis, założyłam inny blog, na który serdecznie zapraszam.

www.opowiadania-parasolki.blog.pl

Będę was informować na bieżąco o kolejnych moich decyzjach.

Pozdrawiam

Mała Ygrek
komentarze [0]

1. Parasolka. >> środa, 7 maja 2008 13:12:15
Prawdziwy początek, który wreszcie mi się podoba. Poprzedniego nie kasuję. Nie ma sensu.

Pozdrawiam

Panna Y

P.s. Chcesz być informowany/a o nowych częściach? Zapraszam do Księgi Gości.

Od parasolki się zaczęło. Wszystko. I od piosenki, którą śpiewał zanim wybiegła. „You’re one I’ve been waiting for...”. Słodkie. Obrzydliwie słodkie. Gdyby śpiewał to dla niej, wszystko byłoby dobrze. Ale nie. Te słowa, spojrzenie, nie były skierowane w jej stronę. Dlatego wyszła. Nie mogła tego już dłużej słuchać. To wszystko jego wina. To, że leży tutaj, zwijając się z bólu, błagając w myślach o szybką śmierć. W myślach, bo nigdy nie powiedziałaby tego na głos, chociaż ten ktoś namawia ją do tego tym ironicznym, bezlitosnym tonem.
- Błagaj o śmierć. No, dalej. Zginiesz, jak ta szlama – syczał ktoś, chyba mężczyzna. Nagle przerywa mu jakaś inna osoba. Coś szepcze. Nie słyszała co, bo za bardzo skupiła się na tym, że już nie boli tak bardzo. Ma chwilę, by się pozbierać. Nie podda się. – Masz szczęście. Przekaż innym, żeby przestali węszyć. To ostrzeżenie. Pierwsze i ostatnie.
Suchy trzask i cisza. Odeszli. Pewnie do lasu, by przekroczyć granicę Hogwartu i deportować się. Całe ciało bolało ją tak, jakby wbijano jej miliony sztyletów w każdy, nawet najmniejszy kawałek. Z trudem otworzyła oczy. Leżała na chłodnej, oszronionej trawie. Nad nią beztrosko świeciły gwiazdy, jakby nie zdając sobie sprawy z tego, co działo się chwilę temu. Sycząc z bólu przekręciła głowę na bok. Były tam. Niedaleko. Jedna jeszcze oddychała. Druga była zimna jak lód. Sprawdziła to zanim trafiła w nią klątwa. Ich twarze tak zmasakrowano, że nie wiedziała kim są. Mogła tylko podejrzewać. Jedna z tych zaginionych Gryfonek była szlamą. Potrzebowały pomocy. Natychmiast. Gdzie jest ta cholerna parasolka? O tu, koło prawej nogi. Usiadła, a świat zawirował jej przed oczami. Nie może teraz zemdleć, nie może! Zamrugała kilkakrotnie. Już lepiej. Podparła się na rączce i brodząc w gęstym błocie, szła od drzewa do drzewa. Jeszcze tylko trochę. Widać już okna domku Hagrida. Paliło się w nich światło. Nie ma więcej pni. Dalej musi już iść o siłach swoich i parasolki. Pierwszy krok zawsze jest najtrudniejszy. Podniosła lekko brzeg czarnej sukni, by się nie potknąć i ruszyła. Kilkakrotnie upadła, ale za każdym razem wstawała. Ważna jest każda minuta. Schodki pokonała czołgając się. Resztkami sił uniosła parasolkę i stuknęła jej końcem w drzwi. Za słabo. Ledwo drasnęła drewno, nie wydając żadnego dźwięku. Ona tam umiera. Determinacja dodała jej energii. Jeszcze raz, kolejny, rączką na pewno usłyszy. Stalowa, ubłocona końcówka ślizgała jej się w ręku, ale nie przestawała walić, bo teraz na pewno ktoś jej pomoże. Basowe, dudniące szczekanie i ... nic. Cisza. Dlaczego nie wzięła ze sobą różdżki? Starała się chwycić klamkę, ale była za wysoko. Łzy potoczyły się po jej policzkach. Ona tam umiera! Po raz kolejny chwyciła parasolkę i wstała. Nie da jej odejść. Tyle już udało się przejść, pójdzie dalej! To tylko kawałek. Wszyscy są w Wielkiej Sali. Świat znowu zaczął zataczać nad nią kręgi. Spadła ze schodów, boleśnie się obijając. Coś ciepłego zalało jej oczy. Starła gęstą substancję dłonią i przyjrzała się jej w świetle okna. Krew. Musiała rozciąć sobie czoło, gdy uderzyła głową o jeden ze stopni. Strasznie bolały ją żebra. Podniosła się. Nie podda się. Podpierając się parasolką szła, co chwilę upadając. Nagle zrobiło się niepokojąco ciemno. Uniosła głowę, by odkryć, że wszystkie gwiazdy znikły za czarnymi chmurami. Zerwał się wiatr, który szarpał jej suknią i włosami, utrudniając jeszcze wędrówkę. Za każdym razem podnosiła się, chociaż z coraz większym trudem. Nagle lunęło. Deszcz uderzał w nią malutkimi kropelkami, które kuły ją w odsłonięte ramiona. Upadła na twardy kamień, a kolana zapiekły ją nieznośnie. Doszła. Schody do zamku. Nawet nie zauważyła, jak do nich dotarła. Na czworaka przeszła pod drzwi. Tu tak nie wiało. Z ulgą spojrzała na klamkę. Pociągnęła za nią i wpadła do Sali Wejściowej. Leżała, oddychając ciężko.
- Na mój kapelusz. Co ci się stało? – usłyszała nad sobą najbardziej irytujący głos Hogwartu, który tego dnia mógł być jej wybawieniem. Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą barwną postać Irytka- najbardziej uciążliwego ducha zamku. Wydał jej się bledszy niż zazwyczaj.
- One tam leżą. Pod Zakazanym Lasem, niedaleko chatki Hagrida. Musisz to powiedzieć dyrektorowi. Szybko, póki ona jeszcze żyje – wychrypiała, zastanawiając, czemu Irytek złośliwie zaczyna się dwoić i troić. Strasznie trudno się jej oddychało, jakby miała żelazną obręcz dookoła żeber. Bardzo bolało ją kolano, a krew znowu zalała jej oczy.
- Nie mogę przekroczyć progu Wielkiej Sali. Zaklęcia chroniące ją przede mną na to nie pozwolą – stwierdził smutno, kręcąc głową. Widział, jak na jej twarzy maluje się przerażenie. Wszyscy byli w jadalni i do północy raczej stamtąd nie wyjdą. Nie miała tyle czasu. Pomacała podłogę koło siebie i znalazła parasolkę. Ze zdenerwowania i fizycznego bólu przygryzała dolną wargę aż do krwi, która spływała małym strumyczkiem po jej brodzie. Ślizgając się wstała i podeszła do schodów. Kolejne stopnie do pokonania. Ostatnia przeszkoda do dyrektora. Weszła na pierwszy i potknęła się o rąbek sukni. Płacząc, po raz kolejny podniosła się, uniosła lekko czarny materiał ubrania i ruszyła w górę po schodach, dopingowana przez okrzyki Irytka. Udało się. Tylko krok i będzie u celu. Nie teraz! Kolejny zawrót głowy pozbawił ją równowagi. W ostatniej chwili złapała za klamkę i pociągnęła ją w dół. Jej ciało, uderzające o posadzkę, wydało z siebie niemiły huk i trzask kolejnej kości. Widziała jakieś twarze, słyszała głosy, ale już nic do niej nie dochodziło. Otworzyła usta, by powiedzieć im cokolwiek, ale nie miała już siły. Próbowała kilkakrotnie, aż wszyscy się uciszyli i dał się słyszeć jej szept.
- Irytek. On wie – stwierdziła. To były ostatnie słowa, zanim pochłonęła ją ciemność. Miła, ciepła czerń, w której nie czuła bólu ani zimna, jakie wcześniej przenikało jej ciało.

komentarze [8]

Prolog >> piątek, 4 stycznia 2008 21:51:06
Wracam. Po dość długiej przerwie postanowiłam powrócić z nową historią, nowymi bohaterami. Uprzejmie zapraszam na www.zycie-koszmar.mylog.pl gdzie można przeczytać o przygodach Cassidy Zollen, siostry ciotecznej Christiny.

Pozdrawiam

Panna Y



Amanda Wood była drobną blondyneczką o niebiesko-szarych oczach. Nie wyróżniała się z tłumu ze swoim wyglądem szarej myszki i słabym charakterem. Często inni uczniowie wyżywali się na niej, gdy coś ich zdenerwowało lub mieli gorszy dzień. Nigdy ich nie zawiodła. Była nerwowa, płaczliwa i nadmiernie wrażliwa. Nie wzbudzała litości, a raczej twierdzono, że jest żałosna z tą swoją naiwnością i wieczną rolą kozła ofiarnego. Jedną z niewielu osób, które starały się jej pomóc była Christina Zollen. Ta szczupła szatynka o zielono-szarych oczach wspierała blondynkę w każdym momencie. Ludzie dziwili się temu, gdyż Mandy nie zasługiwała na taką przyjaciółkę. Zawsze jej problemy przysłaniały kłopoty Chris. Mimo to panna Zollen nie porzuciła nadziei na zmianę charakteru Amy.

-Nadzieja matką głupich.
-Ależ skąd! Nadziei tak mało, a głupców tak wielu.


***

Pociąg ekspresowy Hogwart- Londyn zatrzymał się na peronie dziewięć i trzy czwarte, wydając długi pisk, które wywołał grymas niechęci na twarzach ludzi, czekających na rodzeństwo, dzieci lub wnuki. Tylko Irene Wood uśmiechnęła się, słysząc ów dźwięk. Był to niewątpliwy znak, że jej dzieci wróciły wreszcie do domu. Zwężyła zielone oczy w poszukiwaniu dwóch czupryn koloru blond i jednej ciemno czekoladowej. Jako pierwszy pofarbowane na rudo włosy kobiety dostrzegł siostrzeniec jej męża i najlepszy przyjaciel syna- Daniel Anderson. Trzepnął w ramię wysokiego szatyna o oczach jak u matki.
-Nick, ciocia tam stoi.- Wskazał palcem krępą, niską czterdziestolatkę, po czym uścisnął dłoń kuzyna i odszedł, gdyż dojrzał swoich rodziców. Nicholas ruszył w stronę rodzicielki, ciesząc się, że ojciec po nich nie wyszedł. Po drodze natknął się na swoja najmłodszą siostrę- dwunastoletnią Effie. Jej dwa, jasne mysie ogonki podskakiwały wesoło, gdy żegnała się ze swoimi przyjaciółkami. Zauważyła brata i ruszyła w jego stronę, ledwo ciągnąc ciężki kufer.
-Hej, mamo!- przywitał się Nick, przytulając Irene do siebie. Sięgała mu do ramienia, co zawsze odrobinę go rozczulało. Eff zawisła na szyi matki.
-Hej, dzieciaki, a gdzie Amanda?- zapytała, rozglądając się po peronie. Nicholas westchnął głęboko, po czym skierował się w stronę pociągu. Był już tylko metr od drzwi, gdy poczuł, że ktoś łapie go za rękę. Odwrócił się i ujrzał ładną, smukłą brunetkę, która patrzyła na niego z uśmiechem.
-Nie pożegnałeś się ze mną, Nicky- powiedziała cicho, rumieniąc się. Anne Bones była tak, jak on, z Ravenclawu i również ukończyła klasę szóstą. Nieśmiało zarzuciła mu ręce na szyję i delikatnie pocałowała. Nie trwało to długo.
-Przemyśl to, proszę- szepnęła jeszcze, po czym zniknęła w tłumie. Jednak on nie zauważył tego. Utkwił wzrok w patrzących na niego oskarżycielsko szaro-zielonych oczach. Wystarczyło jedno mrugniecie, by Christine znów była wesołą piętnastolatką, żegnającą się z przyjaciółką. Podszedł do nich, poczekał aż skończą i wraz z Amandą wrócił do matki.
-Nie ma go?- zapytała Amy po krótkim powitaniu. Wszyscy wiedzieli o kogo chodzi. Michael Wood był ojcem całej trójki. Na co dzień zajmował się piciem i udawaniem, że szuka pracy. Mieszkał w piwnicy bloku, w którym mieszkali. Trafił tam kilka dni po Wielkanocy, kiedy to była żona za namową Amandy w końcu wyrzuciła go na dobre. Matka pokręciła przecząco głową i w milczeniu opuścili peron. Tak minęło popołudnie pierwszego dnia, który rozpoczął rok wielkich zmian. Najgorszy, a zarazem najlepszy rok życia Mandy. W którym nauczyła się kochać, nienawidzić, walczyć o swoje i żyć życiem prawdziwym.

komentarze [4]

Ogłoszenie >> piątek, 2 listopada 2007 12:21:34
Moi drodzy, to nie koniec- to dopiero początek nowej historii. Nie kasuję opowieści o Lilly Evans. Nie chcę. Będzie mi przypominała, że kiedyś mogłam z niej stworzyć coś naprawdę dobrego, ale niewystarczająco się postarałam. Trudno mi pisać pamiętnik kogoś, kogo nie rozumiem. Źle ją wykreowałam, nie tak, jak chciałam. Oceniające proszę o ocenienie historii panny Evans. Chcę wiedzieć, jakie popełniłam błędy. Jeżeli się na to nie zgadzacie to napiszcie mi o tym.
Pozdrawiam
Panna Y
komentarze [3]

21.Tajemnice Audrey Kothran. >> czwartek, 13 września 2007 21:16:38
Dostałam nagłego napływu weny, więc piszę. Kiedy będzie następna część? Nie wiem, ale mam nadzieję, że niedługo.

Pozdrawiam

Panna Y


21 września 1977 r.
Po prostu trudno mi w to uwierzyć. Ktoś, najprawdopodobniej jakaś Gryfonka, zwinął mi pamiętnik. Zniknął po moim ostatnim wpisie, a dzisiaj rano leżał sobie spokojnie na moim łóżku. Przyczepiona była do niego zwykła, żółta karteczka z jednym, krótkim wyrazem „przepraszam”. Nie znałam charakteru pisma osoby, która ukradła mi moje zapiski. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, kto mógłby to zrobić. Trochę dziwnie się czuję, wiedząc, że jakaś osoba oglądała moje przeżycia, wspomnienia. Postanowiłam, że muszę obłożyć tą malutką książeczkę jakimiś czarami obronnymi tak, żebym tylko ja lub osoby upoważnione mogły czytać te głupoty, które tu wypisuję.
Przez te dwa tygodnie wiele się zmieniło. Lucy i Syriusz oficjalnie zostali parą. Od tego pamiętnego dnia wiele dziewcząt zaczęło nosić czarny na znak żałoby. Chyba zrozumiały, że to coś poważnego. Między mną, a Jamesem nic się nie zmieniło. Potter trochę spoważniał, co nauczyciele przypisują mojemu zbawiennemu wpływowi. Remus po rozmowie z Audrey trochę przygasł. Wytłumaczyli sobie wszystko, ale mimo to dalej nie są razem. Kothran bardzo się od nas oddaliła. Zazwyczaj samotnie snuje się po korytarzach lub siedzi w książkach. Stała się milcząca, bardzo zbladła i schudła. Jeszcze trochę i zmieni się w cień człowieka. Z tego, co wiem McGonnagal próbowała z nią rozmawiać, ale nic nie wskórała. Blondynka często dostaje listy. Zazwyczaj po przeczytaniu ich wybiega z płaczem z sali. Martwię się o nią. Zresztą nie ja jedyna.
Dzisiejszy dzień był prawie taki jak zwykle. Po lekcjach mieliśmy trening. Od kilku dni ciągle pada, wiec żeby dojść na boisko musiałam trochę popływać w błocie do kolan. Myślę, że do meczu ze Ślizgonami jesteśmy dobrze przygotowani, o ile w ogóle wystartujemy. Dzisiaj Natalie tak głęboko ugrzęzła w błocie, że nie mogła odepchnąć się od ziemi. Pomogła jej interwencja Syriusza i Jamesa, którzy po prostu chwycili ją za ramiona i zostawili ją w powietrzu. Wracałam sama. Chłopaki poszli do Hagrida, a reszta drużyny nie mogła się zmusić do wyjścia poza cieplutką szatnię. Na drugim piętrze zatrzymałam się, słysząc czyjeś głosy.
-Wiesz, czego oczekuje od Ciebie Czarny Pan.- Hej, ja znam ten głos. Mój stary znajomy Lucek najwyraźniej kogoś zastraszał.
-Czarny Pan może mnie pocałować w ...- lecz świat nie dowiedział się w co Lord Voldemort może pocałować Audrey, bowiem to do niej należał głos. Ktoś, najprawdopodobniej Bellatrix, rzucił zaklęcie crucio. Kothran nie krzyczała jak inne ofiary. Już miałam interweniować, gdy ktoś mnie uprzedził.
-Nie. Daj jej już spokój. Myślę, że zrozumiała. Porozmawiamy niedługo, Audrey.- Ciekawe. Narcyza Black powstrzymująca kogokolwiek od torturowania Gryfonki. Usłyszałam, że się oddalają, więc wyszłam zza rogu. Blondynka leżała zwinięta w kłębek na posadzce. Podbiegłam do niej.
-Nic mi nie jest. Tylko pomóż mi wstać- wycedził przez zaciśnięte usta. Ustawiłam ją w pionie i chwilę podtrzymałam, by mogła stanąć na nogi.- O nic nie pytaj. Po prostu zapomnij.
Po tych słowach oddaliła się, lekko zataczając. Patrzyłam za nią dopóki nie zniknęła. Teraz jeszcze bardziej się o nią martwiłam. W co ona się wplątała? Westchnęłam ciężko i powlokłam się do wieży. Tam spotkałam Lucy. Gdy skończyłam opowiadać, była przerażona.
- Sama-Wiesz-Kto oczekuje czegoś od Audrey?- zapytała lekko roztrzęsionym głosem. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Owszem, mną też to wstrząsnęło, ale chyba nie aż tak bardzo. Wolno kiwnęłam głową. Stratford schowała twarz w dłonie. Wstałam i skierowałam się do dormitorium. Tam wzięłam długą kąpiel z olejkiem brzoskwiniowym, a następnie odrobiłam lekcje. Z całych sił starałam się robić to, co zazwyczaj. Tylko to trzymało mnie przy zdrowych zmysłach. Dopiero teraz naprawdę zaczęłam rozumieć. To nie minie tak szybko. Lord Voldemort, jak sam siebie nazwał, panoszył się coraz bardziej. Głosił, że ludzi takich jak ja – mugoli i szlamy, powinno się tępić. Coraz więcej ludzi przyłączało się do niego. Najwidoczniej Lucjusz, Narcyza i Bella już należeli do jego sprzymierzeńców. Ale co wspólnego z Czarnym Panem miała Audrey? W końcu położyłam się spać i wciąż nękana tymi samymi pytaniami usnęłam.

komentarze [6]

20. Niewinny początek prawdziwych problemów- cz. II. >> piątek, 27 lipica 2007 18:11:51
-Chcesz spróbować swoich sił?- zapytała. Już miałam wstawać, gdy powstrzymała mnie Lucy.
-Nie ma mowy- stwierdziła stanowczo. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Wskazała na coś palcem. W tym czymś rozpoznałam dyrektora. Szedł żwawo w naszą stronę. Trzy dziewczyny postanowiły się oddalić, więc gdy staruszek do nas dotarł, ich już nie było.
-Dzień dobry, dziewczęta. Szukam panny Kothran. Nie wiecie, gdzie mogę ją znaleźć?- spojrzał na nas z nadzieją. W tej samej chwili blondynka pojawiła się koło nas. Oddalili się, rozmawiając szeptem. Nagle Audrey zbladła. Tylko tyle zdążyłyśmy zauważyć, bo zniknęli w mroku zamku.
-O co tu chodzi?- zapytała Lucy. Wzruszyłam ramionami. Kolejna tajemnica dotycząca naszej nowej przyjaciółki. Dopiero w tej chwili zdałam sobie sprawę z tego, jak niewiele o niej wiemy. W milczeniu powróciłyśmy do zamku. Postanowiłyśmy zobaczyć, jak przebiega rozmowa chłopaków. Gdy tylko dotarłyśmy pod drzwi ich dormitorium, doszły do naszych uszu podniesione głosy.
-Och, daj spokój Remus. Przecież ona nawet o tym nie wie- powiedział Syriusz spokojnym głosem. Coś trzasnęło, rozbijając się na podłodze.
-Jasne. Zapomniałeś, że ona jest cholernie inteligentna. Musiała zauważyć, że do wczoraj byłem jakiś zmarnowany, a dzisiaj doszło mi kilka ran. Syriuszu, ty naprawdę myślisz, że ona nie wie, że jestem wilkołakiem?- wciągnęłam głośno powietrze. O cholera. Reakcja Lu była podobna. Cicho doszłyśmy do naszej sypialni. Na szczęście nikogo w niej nie było.
-Wiedziałaś o tym?- zapytałam. Przyjaciółka pokręciła przecząco głową. Wierzyłam jej. Wyglądała na tak samo zdumioną, jak ja.- A Audrey?
-Wydaje mi się, że tak. Wczoraj, gdy spałaś, odrobiła lekcje, a potem czytała książkę o wilkołakach. Jak wróciłyśmy, długo wpatrywała się w księżyc, zanim poszła spać- odpowiedziała mi Lucy. Tak więc blondynka wiedziała. To dlatego nie chciała być z Remusem! W oczach Stratford dostrzegłam tą samą iskierkę zrozumienia.- Nie, ona nie mogła. Audrey nie jest taka. To do niej nie podobne. Tak mi się przynajmniej wydaje.
-Musimy z nią porozmawiać- zadecydowałam. Wstałyśmy i ruszyłyśmy w stronę drzwi, gdy te otworzyły się i stanęła w nich Kothran. Dalej była blada.
-Audrey, musimy pogadać- stwierdziłam. Usiadłyśmy razem na jednym z łóżek. Zamknęłam drzwi i rzuciłam na nie zaklęcie nieprzenikalności dźwięku.
-Czy wiedziałaś o tym, że Remus jest wilkołakiem?- zapytałam. Spojrzała na nas ze zdziwieniem, po czym pokiwała twierdząco głową. Chyba nie spodziewała się tego, że my też o tym wiemy.- Czy to dlatego nie chcesz z nim być?
-Myślałam, że macie o mnie lepsze mniemanie- odpowiedziała chłodno blondynka. Na naszych twarzach odbiło się zażenowanie. Kothran chyba to dojrzała, bo dodała już trochę cieplejszym tonem- Ok. Rozumiem. Prawie nic o mnie nie wiecie. Mimo iż znam Remusa od tak krótkiego czasu, to wiem, że do żadnego chłopaka nie czułam nic takiego. Gdybym mogła z nim być, to bym była i nie ma to nic wspólnego z jego chorobą. Czy on także myśli, że upadłam aż tak nisko?
-Chyba tak- przyznała Lu. Przypomniałam sobie rozmowę chłopaków i pokiwałam głową. Kothran wstała i skierowała się w stronę drzwi. Jej oczy wyrażały taką wściekłość, że nie chciałabym być teraz w skórze Lupina.- Idziemy ratować Lunatyka?
-O ile będzie co- odparłam. Ruszyłyśmy za Audrey. Zniknęła w dormitorium chłopaków. Chwilę później ujrzałyśmy jak James, Syriusz i Peter lądują za drzwiami, które zamknęły się za nimi z trzaskiem.
-Ale ta dziewczyna ma power- skomentował Pettigrew, rozcierając łokieć. Wszyscy przyłożyliśmy uszy do drzwi, w nadziei usłyszenia czegokolwiek. Niestety Kothran najwidoczniej zabezpieczyła się przed podsłuchiwaniem. Ponieważ nie było sensu stać tam, to poszliśmy na kolację. Zdążyliśmy ją zjeść i wrócić, a oni dalej rozmawiali. Stwierdziłyśmy z Lucy, że nie ma co czekać, więc położyłyśmy się spać.

komentarze [5]

19.Niewinny początek prawdziwych problemów cz.1 >> niedziela, 17 czerwca 2007 13:13:39
Przepraszam. Niestety czasu jest jak zwykle za mało. Postaram sie, żeby teraźniejsze notatki pojawiały się częściej, ale nic nie obiecuje.
Nieprzytomna po balu
Ewa

7 września 1977r.
Rano obudziły mnie przyjaciółki. O dziwo wyspałam się.
-Lily! Wstawaj! Dzisiaj jest Wielki Poniedziałek Lucy!- krzyczała Audrey, skacząc po moim łóżku. Udało mi się ją zepchnąć, po czym musiałam schować się w łazience przed zmasowaną zemstą Kothran. Dwadzieścia minut później siedziałyśmy na swoich miejscach w Wielkiej Sali. Huncwotów jeszcze nie było.
-Tak właściwie, to co się wczoraj działo, jak spałam?- zadałam wreszcie męczące mnie pytanie. Ciekawiło mnie, skąd Claudia, Mary i Patrice wiedziały o tym, że Lucy wreszcie postanowiła zmienić swoje stanowisko w sprawie Syriusza.
-Nic. My, grzeczne uczennice odrabiałyśmy lekcje- stwierdziła Stratford. Streściłam im podsłuchaną rozmowę. Po wysłuchaniu tej jakże interesującej historii, brunetka uniosła brwi w geście pełnym zdziwienia, a Audrey zaczęła się śmiać.
-Lu, zacznij się bać. Fanklub twojego przyszłego chłopaka dopadnie cię- stwierdziła mrocznym głosem blondynka, po czym wybuchnęła śmiechem, bo ja i Lucy, ku zdumieniu większości uczniów i nauczycieli, zaczęłyśmy ją łaskotać.
-Evans, Stratford, Kothran. Co to ma znaczyć?- usłyszałyśmy surowy głos McGonnagal. Odwróciłyśmy się powoli. Za nami stali Huncwoci. Na widok naszych min, zaczęli rechotać.
-No bardzo śmieszne- powiedziałam, udając obrażoną. James podszedł do mnie i już miał zacząć przepraszać, gdy rozległ się dzwonek na lekcje.- A miało być tak pięknie.
-Wynagrodzę ci to później- szepnął chłopak. Zwartą grupą ruszyliśmy na pierwszą lekcję.
Po zajęciach wyszliśmy całą siódemką na błonia. Świeciło piękne, wrześniowe słońce, a po niebie leniwie płynęły chmury. Ja, James, Peter i Lucy zabawialiśmy się, odgadując ich kształty. Syriusz był w głębokim szoku. Lu, dzisiejszego dnia, nie nakrzyczała na niego ani raz. Audrey i Remus siedzieli cicho, spoglądając na siebie ukradkiem. Gdy ich wzroki się skrzyżowały, oboje czerwienili się i odwracali oczy, by za chwilę wykonać cały ten dziwaczny proces od początku. Westchnęłam.
- Co się stało, kochanie?- zapytał James. Uwaga wszystkich zwróciła się na mą skromną osobę. Postanowiłam to perfidnie wykorzystać.
-Martwię się o przyszłość Audrey i Remusa- oboje zaczerwienili się jeszcze bardziej.- Jak bez przerwy będą tacy nieśmiali, to nigdy nie będą razem.
-No właśnie, Remusiku. Bądźże facetem i uczyń ten pierwszy krok. Bierz przykład ze mnie- wyszczerzył zęby James. Lunio wstał, po czym warknął: Idziemy! Potter i Petigrew zareagowali natychmiast. Wstali i ruszyli za Lupinem w stronę zamku.
-Syriusz! Oderwij się na moment od Lucy. Musimy pogadać- stwierdził Remus, po czym nie widząc ze strony Łapy żadnej reakcji, wyciągnął różdżkę i za jej pomocą przetransportował przyjaciela do zamku.
-Liluś, kotku, mam do ciebie jedną, malutką prośbę- zaczęła spokojnie Audrey. Dokończyła już odrobinę głośniej.- Czy mogłabyś przestać bawić się w swatkę?
-Jasne,…- powiedziałam. Blondynka odetchnęła z ulgą.- …że nie. Aud, daj spokój. Wszyscy wiedzą, że podoba ci się Remus i ty jemu też.
-Całkiem możliwe. Jest tylko jeden problem. Mnie nie wolno kochać- stwierdziła ze smutkiem, po czym po prostu odeszła. Dalsza dyskusja według niej nie miała sensu.
-Ciekawe czemu- wtrąciła Lucy. Pozostawiałam to bez odpowiedzi. Sama tego nie wiedziałam.- No cóż,…
-Patrzcie kto to. Ruda szlama i jej ukochana przyjaciółka perfekcyjny prefekt- zasyczał czyjś głos z boku. Natychmiast się odwróciłam. Za nami stały Patrice, Kate i Marietta. Westchnęłam znacząco i przewróciłam oczami. Zaczynało się.- Coś ci nie pasuje, Evans?
-Tak jakby. Najbardziej wasze towarzystwo- odpowiedziałam spokojnie. Miałam już niezłą praktykę. Od sześciu, długich lat Ślizgoni niezmiennie próbują mnie zdenerwować, wyprowadzić z równowagi, doprowadzić do płaczu itd.
-Chcesz spróbować swoich sił?- zapytała. Już miałam wstawać, gdy powstrzymała mnie Lucy.
-Nie ma mowy- stwierdziła stanowczo. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Wskazała na coś palcem. W tym czymś rozpoznałam dyrektora. Szedł żwawo w naszą stronę. Trzy dziewczyny postanowiły się oddalić, więc gdy staruszek do nas dotarł, ich już nie było.

komentarze [6]

18. Rocznica. Wspomnienia Lily i dziwne pomysły Lucy. >> sobota, 28 kwietnia 2007 17:17:58
Nie dziwię się, że tak mało zostawiliście po sobie komentarzy. Tamta notatka nie była najlepsza. Ta też nie będzie. Niestety w tym okresie, kiedy je pisałam, działo się mnóstwo niezbyt przyjemnych rzeczy. Teraz jest już lepiej, więc mam nadzieję, że poziom notatek zmieni się na lepsze. Nocia dłuuuugaśna, bo, no cóż, nie wiem jak to ująć w piękne słowa, więc po prostu stwierdzam: męczycie się ze mną już okrągły ROK.

C.d. 06 września 1977r.
Gdy tylko doprowadziły się do ładu, ruszyłyśmy na obiad. Strasznie burczało mi w brzuchu, gdyż od wielu godzin nie jadłam. W Wielkiej Sali czekali już na nas chłopcy. Remus i Audrey unikali się nawzajem, mówiąc monosylabami i spoglądając na siebie co chwila. James i Peter tylko dolewali oliwy do ognia, przypominając co ciekawsze momenty wczorajszego wieczoru. W końcu nie wytrzymałam i spokojnie stwierdziłam:
-Chłopaki, dajcie im już spokój. I tak nie mogą być bardziej czerwoni niż teraz.
Istotnie. Lunio i Kothran byli tego koloru, że nawet pomidory przy nich wysiadały. Rozejrzałam się po naszym stole. Alice jadła pieczeń nieprzytomnie patrząc w dal. Zapewne myślała o Franku. Peter i Kelly obecnie zajmowali się rozmową o ostatnich zajęciach O.N.M.S. gdzie poznawali chimery. Natomiast Lucy i Syriusz… no cóż, nawet nie musiałam odwracać głowy, by wiedzieć na co się zanosi.
- To nie było całowanie się naprawdę.- znam ten syk Stratford. Oznacza on ni mniej, ni więcej, że za moment rozpęta się piekło.- Granie w butelkę nie odzwierciedla prawdziwych uczuć.
-Jasne.- stoicki spokój Syriusza, już chyba dopełnił dzieła. Lucy miała gdzieś, że jest w Wielkiej Sali pełnej ludzi. Wstała, a żyła na skroni groźnie zapulsowała. Twarz jej zarumieniła się. -Ślicznie wyglądasz, jak się denerwujesz, kotku.
-Nie mów do mnie kotku!- od tego krzyku kurz spadł z sufitu, a jakiś pierwszoroczniak zakrztusił się kawałkiem ziemniaka.- Przyjmij do wiadomości Syriuszu Blacku, że nie chodziliśmy ze sobą, nie chodzimy i chodzić nie będziemy, a także, że nigdy nie pocałowałam Cię na serio!
Po tych słowach Lu wyszła z Sali, odprowadzana wzrokiem wszystkich uczniów i nauczycieli. Wstałam i ruszyłam za nią. Po chwili dogoniła mnie Audrey. Wiedziałam, gdzie pójdzie. Do Zakazanego Lasu nad staw. Można tam było dojść z zamku, jak i z błoń. Przejście znajdowało się na piątym piętrze. Trzeba przeciągnąć w obie strony zasłonę we wnęce, a pokazuje się nam ukryta klapa w podłodze. Później schodzimy kilka schodków w dół i przejście przestaje być widoczne. Odkryłyśmy to z Lucy w pierwszej klasie, jak uciekałyśmy przed Huncwotami.

***

-Lucy, szybciej!- trzeba było przyznać, że już w pierwszych miesiącach chodzenia do Hogwartu miałam niezłą kondycję. Moim osobistym trenerem był Potter i odwieczne pytanie „Evans, umówisz się ze mną?”. Wtedy to goniło nas czterech, miłych chłopców z puszkami jaskrawej, zielonej farby w najbardziej ohydnym kolorze, jaki świat widział. Skąd to wiedziałam? Ślizgoni przybrali tę cudowną barwę, gdy tylko wyszli ze swojego pokoju wspólnego. Było to nieuniknione. Na piątym piętrze zauważyłyśmy wiszące kotary. Jako głupiutkie nastolatki ustawiłyśmy się w dwóch przeciwnych kątach wnęki. Przyciągnęłam zasłonę tak, by zakrywała mnie kompletnie. Za chwilę Lu wyrwała mi ją. Nie pozostałam dłużna.
-Klapa!- zakrzyknęła radośnie Stratford. No i czego idiotka się cieszy, że nasz plan spalił na panewce? Nagle Lucy wyleciała z wnęki, pokazując coś w podłodze.- Możemy tędy uciec!
-No to na co czekasz?!- krzyknęłam, podbiegając do niej. Razem podniosłyśmy drewnianą deskę. Ukazały nam się kamienne schodki. Popchnęłam przyjaciółkę w ich stronę, po czym zamknęłam klapę. Było to poważnym błędem, gdyż kompletnie pochłonęły nas ciemności. Po omacku zaczęłyśmy schodzić w dół. Lucy, która szła pierwsza, potknęła się i poleciała w mrok. Po chwili usłyszałam zgrzyt i grunt zniknął pod moimi nogami.
-Oho.- zdążyłam tylko zauważyć, po czym poczułam, że skręcam kostkę lądując twardo na podłożu. Jęknęłam z bólu.- Lucy? Gdzie jesteś?
- Lily! Lily! Tu są PAJĄKI! RATUNKU!- wrzasnęła moja przyjaciółka, która od wczesnych lat chorowała na arachnofobię. Działo się to od czasu, gdy pewnego, pięknego dnia obudziła się i zobaczyła tarantulę młodszego brata, spacerującą beztrosko po jej brzuchu. Obecnie, sądząc po dźwiękach, Stratford skakała próbując zrzucić z siebie ośmionożne stworzenia.
-Lucy, uspokój się!- krzyknęłam poprzez porażające fale bólu. Nagle usłyszałam kroki czterech osobników.- Zamknij się, Huncwoci idą!
Zapadła cisza wywiercająca nam dziury w czaszkach. Po chwili odeszli. Zapaliłam różdżkę. Byłyśmy w jakimś pomieszczeniu pełnym sieci pająków. Kilka tych uroczych stworzonek uciekało właśnie przed światłem. Oświetliłam bladą twarz Lucy, po czym podążyłam za jej wzrokiem. Patrzyła na moją nogę. Kość przebiła skórę, krew lała się obficie.
-O cholera.- określiłam stan mojej kostki. Syknęłam z bólu, kiedy próbowałam wstać. Przyjaciółka podbiegła do mnie i podtrzymała bym nie upadła.- Chyba ją skręciłam, albo złamałam jakąś kość.
-Raczej to drugie.- Lu zabrała mi różdżkę i centymetr po centymetrze oświetlała pomieszczenie. Był to korytarz. W końcu znalazłyśmy przyczynę nagłego zaniku schodów. Dźwignia. Podeszłyśmy (ja skakałam) do niej i spróbowałyśmy przestawić.
-Ani drgnie.- po piętnastu minutach walki z kawałkiem drewna byłyśmy zlane potem, a mój ból nasilał się.- Chyba nie zostaje nam nic innego, jak iść dalej tunelem.
-Żartujesz.- Lucy była przerażona. Obie spojrzałyśmy w czarną dziurę, która otwierała się przed nami., wydając podejrzane dźwięki. Nie miałyśmy innego wyjścia. Ruszyłyśmy powoli w ciemność.
Po godzinie marszu poczułyśmy, że korytarz zaczyna iść w górę. Chwilę później usłyszałyśmy szum drzew. Odetchnęłyśmy z ulgi. Kiedy wyszłyśmy, uśmiechy zniknęły nam z twarzy. Byłyśmy w Zakazanym Lesie. Już prawie zmierzchało. Stałyśmy na jakiejś polanie koło stawku. Wyszłyśmy z jaskini, której, jak się okazało, byłyśmy.
- O cholera.- moje określenie, po raz kolejny tego dnia, trafnie oddawało powagę sytuacji. Dwie, zagubione jedenastolatki. To nie brzmiało dobrze. –Musimy odnaleźć drogę powrotną.
- Jak?- krótkie pytanie, a tak wiele odkrywało problemów. Rozejrzałam się uważnie.
-Która godzina?- zapytałam. Przyjaciółka pokazała mi zegarek. 20.00. Do głowy przyszedł mi pewien pomysł. Zamek znajdował się na północ od nas, czyli na godzinie dwunastej. Polana była duża, więc zalewało ją światło słoneczne. Wbiłam w ziemię patyk i tam, gdzie padał cień, zaznaczyłam kreską godzinę ósmą. Narysowałam okrąg o promieniu długości patyka. Stanęłam tak, by po lewej stronie mieć słońce i naniosłam kolejne jedenaście kresek. Dopisałam liczby, po czym wskazałam dwunastkę i powiedziałam:
-Tędy.
Przyjaciółka nic nie mówiąc podeszła do mnie i wspólnymi siłami zaczęłyśmy iść we wskazanym przeze mnie kierunku. Dwadzieścia minut później byłyśmy już w Sali Wejściowej. Tam czekali już na nas Huncwoci. Dostrzegli z okien Pokoju Wspólnego, jak wychodziłyśmy z lasu. Przetransportowali nas do Skrzydła Szpitalnego, gdzie zajęła się nami pielęgniarka.

***

-Lily! Słyszysz mnie?- zapytała Audrey, machając mi energicznie dłonią przed twarzą. Spojrzałam na nią już przytomnie.- Gdzie idziemy?
-Do Zakazanego Lasu.- odrzekłam spokojnie. Kothran spojrzała na mnie ze zdziwieniem, ale chwilę później uśmiechnęła się i zaczęła gwizdać jakąś wesołą melodię. Tym razem ja popatrzyłam na nią zdumiona. Spodziewałam się raczej komentarzy w stylu „Och nie, Lily! Błagam Cię, nie idźmy tam! Słyszałam o tym miejscu straszne rzeczy!”. Tak zareagowały Kelly i Alice, gdy pierwszy raz próbowałam namówić je na wycieczkę do Zakazanego. Do dzisiejszego dnia nie odważyły się tam wejść.
Dziesięć minut po przekroczeniu granicy lasu znalazłyśmy Lucy. Siedziała na brzegu stawu i wpatrywała się w swoje odbicie. Nic nie mówiąc podeszłam i objęłam ją ramieniem. Z drugiej strony Audrey zrobiła to samo.
-Ja już z nim dłużej nie wytrzymam.- stwierdziła czarnowłosa. Popatrzyłam na nią ze współczuciem. Ku memu zdziwieniu Lucy powstrzymywała się od śmiechu. Nie no, ok., ja rozumiem, że Hogwart różne rzeczy robi z ludźmi, ale żeby aż tak? W końcu Lu zgodnie z obietnicą nie wytrzymała. Zaczęła się tarzać po trawie, a cała polana wypełniła się jej chichotem.
-I co tak rżysz?- zapytałam. Spojrzałam na Audrey. O dziwo ona też wyglądała jakby z czegoś się cieszyła.- Czy tylko ja nie wiem o co chodzi?
-Tak. –stwierdziła krótko Kothran. Widząc moją minę a la „myślący Goyle”, zaczęła tłumaczyć.- Syriusz Black z tego, co wiem, nigdy nie zachowywał się tak w stosunku do żadnej dziewczyny. To znaczy, że poważnie traktuje swoje uczucia do obecnej tu Lucy Stratford. A ona już dłużej z nim nie wytrzyma, bo on też nie jest jej obcy. Zrozumiata?
-Acha.- potwierdziłam. Już wiedziałam skąd się brały te tajemnicze błyski w oczach Lu, gdy Łapa próbował ją zdenerwować.- Rozumiem, że te działania np. wydzieranie się na niego, miały na celu rozpoznanie jego uczuć, a raczej ich prawdziwości.
Nie dostałam odpowiedzi. Rozejrzałam się uważnie. Dziewczyny w szatach wchodziły do stawiku. Z tego, co zauważyłam, to zdjęły jedynie buty i skarpetki. Nie pozostało mi nic innego, jak wziąć z nich przykład.
Kilka godzin później kompletnie mokre wróciłyśmy do zamku. Nawet nie przemknęło nam przez myśl, że możemy użyć zaklęcia osuszającego. Uczniowie dziwnie się nam przyglądali, ale nie zwróciłyśmy na to większej uwagi. Żeby to tak pierwszy raz. Kiedy się przebrałyśmy, zeszłam do Pokoju Wspólnego. Tam pogrążyłam się w lekturze podręcznika od transmutacji. Niestety był on tak interesujący, że usnęłam.
Obudziłam się koło północy. W pomieszczeniu oprócz mnie były jeszcze może ze trzy osoby. Dziewczyny z funclubu Syriusza. Chyba mnie nie zauważyły.
-Słyszałyście już?- zadała pytanie jedna z nich. Rozpoznałam w niej Claudię z piątej klasy.- Ona podobno zgodziła się z nim chodzić.
-Gorzej, że tym razem nie będzie to na krótko.- zaczęła lamentować Mary. Z tego co widziałam, była bliska załamania nerwowego. Chore.
-Kretyńska Lucy Stratford. Trzeba będzie ją usunąć.- od początku rozmowy domyślałam się o którą parę chodzi. Teraz przysunęłam się jeszcze bliżej, gdyż robiło się coraz bardziej interesująco.
-Usunąć?- zapytała z lękiem Mary.- Chcesz ją zabić?
-Głupia jesteś.- stwierdziła krótko dziewczyna, której głos pomału zaczęłam rozpoznawać. Tylko co tu robiła Ślizgonka? Była to bowiem Patrice z mojego roku.- Ujęłabym to tak. Ja i moje koleżanki potraktujemy ją kilkoma ciekawymi zaklęciami tak, że odechce jej się Syriusza. Będziemy miały z nią spokój.
-Zrobisz, jak zechcesz.- powiedziała bezbarwnym głosem Claudia, po czym rozeszły się. Chciało mi się śmiać z ich głupoty. Zachowywały się jak bohaterki słabej telenoweli. Nie zdawałam sobie sprawy, jak ten 1576 odcinek wpłynie na moje przyszłe życie. Niestety nie miałam czasu tego rozpatrywać, gdyż mój żołądek domagał się swoich praw. Ruszyłam cztery litery z fotela i podążyłam w stronę dormitorium chłopców. Wyjęłam z kufra Jamesa pelerynę niewidkę i mapę. Założyłam szatę. Żwawo ruszyłam w stronę kuchni. Tam skrzaty przyjęły mnie z otwartymi ramionami. Zostałam nakarmiona, a Piegotka jak zwykle ponarzekała na moja chudość. Kiedy doszłam z powrotem do wieży była pierwsza. Umyłam się, przebrałam i poszłam spać.

komentarze [9]

Poranne skutki picia nie wódki, czyli częśc 17 >> wtorek, 13 marca 2007 21:20:36
Moi drodzy! Dowiedziałam się, że najprawdopodobniej to wszystko działo się tak naprawdę dziesięć lat wcześniej, a przynajmniej tak jest napisane na oficjalnej stronie Rowling. Nie odpowiadam za błędy które popełnię w tej notatce, bo trudno jest się skupić pisząc z gipsem na łapce. Dłużej nie zanudzam. Miłej lektury. Ewa
P.s. Miło by było, gdyby ktoś z was zajrzał i przeczytał moje wypociny na blogu www.connie-rohan.blog.onet.pl Danke i dłużej nie przeszkadzam

06 września 1977 r.
Obudziłam się o nieludzkiej porze. Czytaj dwunasta. Wyczuwałam to podświadomie, bo moje oczy były ciągle zamknięte. Gdy już trochę się dobudziłam, poczułam, że moja głowa spoczywa na czyimś mile umięśnionym torsie, a mój nos wypełniony był zapachem męskich perfum. Nagle mój skacowany mózg odnotował jeszcze jeden fakt. Czyjeś ręce spoczywały na moim tyłku. Otworzyłam oczy. Światło słoneczne wpływające przez okno oświetlało ciekawą scenę. Wszystkie ubrania walały się po pokoju, a w szafie słodko do siebie przytuleni spali Kelly i Peter. Alice leżała na wszystkich poduszkach z pokoju. Włosy miała w atramencie, rękę trzymała w kałamarzu, a w nosie sterczało jej pióro do pisania. Z tego co pamiętam, to chciała pobawić się w Indian. Remus i Audrey w namiętnej pozie leżeli na podłodze. Pod głowami mieli jedną z moich kotar. Ich usta dalej były spojone w pocałunku, który był wynikiem gry w butelkę. Syriusz i Lucy leżeli podobnie jak ja i James, tylko że w innym miejscu. Mianowicie na baldachimie łóżka Kothran, który groził zawaleniem. Aż mnie rączki świerzbiły, żeby mu trochę pomóc, ale najpierw musiałam się zająć ważniejszą sprawą. Mianowicie naszym kacem, który już przynajmniej u mnie dawał się we znaki. W łazience kapał kran, ale u mnie w głowie brzmiało to jak wodospad. Trochę drapało mnie w gardle, więc ruszyłam do okna, gdzie na parapecie stał dzbanek z wodą. Przeszłam między nieruchomymi ciałami Audrey i Remusa. Nawet nie drgnęli. Nalałam sobie napoju do szklanki. Piłam i piłam aż do dna. Uznałam, że należało by się doprowadzić do stanu używalności. Najpierw swe kroki skierowałam do nocnej szafki, gdzie odnalazłam eliksir na kaca własnej roboty. Kilka kropel tego cudownego specyfiku umieściłam na łyżeczce, po czym połknęłam. Smakowało okropnie jak wszystkie skuteczne leki, ale zadziałało po kilku sekundach. Reszta dalej spała, więc postanowiłam dać im spokój. Zebrałam swoje ciuchy i ruszyłam do łazienki. Rzuciłam na drzwi zaklęcie nieprzenikalności dźwięku i napełniłam wannę gorącą wodą.
Gdy po półgodzinie wyszłam z łazienki, Kelly i Peter już nie spali. Żywili się właśnie moją miksturką. Bossie zniknęła w pomieszczeniu z którego właśnie wyszłam, a Glizdogon poszedł do siebie. Spojrzałam na Jamesa. Spał tak słodko. Wzięłam różdżkę i zajęłam się sprzątaniem porozrzucanych ubrań i butelek. Chwilę później usłyszałam huk. Potter, Alice, Remus i Audrey aż podskoczyli. Głowa Kelly pojawiła się między drzwiami, a futryną łazienki. Powoli odwróciłam się Syriusz i Lucy leżeli na szczątkach baldachimu Kothran. Gdy tylko doszło do nas to, co się stało, Wybuchnęliśmy śmiechem. Łapa i Lu wyczołgali się z mieszaniny drewna i materiału, po czym naprawili łóżko. Chwilę później nakarmiłam wszystkich moim eliksirem. Chłopcy wrócili do siebie, a u nas zaczęła się kłótnia o kolejność korzystania z łazienki. Dziewczyny najwyraźniej wreszcie to ustaliły, bo zapanowała cisza.

Dziękuję, że przetrwaliście tę męczarnię i zapowiadam, że w następnej części odnajdziecie powody postępowania Lucy. Pozdrowienia Ewa

komentarze [6]

Różowy łeb i papuga, co chce krakersa cz.II >> sobota, 20 stycznia 2007 22:20:00
Błagam was o jedno nie oceniajcie ich po jednym wieczorze. Oni nie często mają takie odpady. Błagam na kolanach jako autorka tego blogusia. Nocię dedykuję BabyGGirl . Witam serdecznie i dziękuję za miłe słowa. Oby takich jak najwięcej.

-Spokojnie.- wiedziałam, że ten wyraz równie dobrze może wywołać burzę. Jednak postawiłam wszystko na jedną kartę. No i dobrze. Lucy przybrała normalny wyraz twarzy.- To robimy tak. Peter, Audrey i Lucy pójdziecie do Hogsmade. Przy okazji pokażecie Aud miasteczko. Ja, James, Syriusz i Remus do kuchni. Wszyscy przynoszą jedzenie i picie, przydałoby się też coś mocniejszego.
-Lily!- wykrzyknęła Lucy ze zgrozą. Hmmm…
-A ty coś taka oburzona?!- zapytałam z szatańskim uśmieszkiem. Wszyscy spojrzeli na mnie, a później na moją przyjaciółkę. Na twarzach Pottera i Blacka pojawiło się zrozumienie.- A kto w zeszłym roku szkolnym upił się tak, że pół nocy wisiał na żyrandolu krzycząc „Papuga chce krakersa!”?
Wszyscy wybuchneli śmiechem. Chwilę później Rogacz malowniczo gestykulując opowiadał Kothran całą historię, jak to urządziliśmy imprezę po zwycięstwie Gryffindoru w meczu quidycha. Wtedy to o drugiej wpadł do dormitorium chłopaków, gdzie przenieśliśmy balangę, wpadł Gryfon z trzeciej klasy, krzycząc coś o szybkim zbliżaniu się w naszym kierunku McGonagall. W trybie expres ściągnęliśmy Lucy i wepchnęliśmy ofiarę głodu alkoholowego do szafy, na którą rzuciliśmy zaklęcie uciszające, bo nasza pani prefekt zaczęła śpiewać sprośne pieśni. Po półgodzinnej zbieraninie chichotów i śmiechów zeszliśmy do Pokoju Wspólnego. Przed obrazem Grubej Damy rozstaliśmy się. Ja i chłopcy doszliśmy do Sali Wejściowej, gdzie skręciliśmy w lewo, w stronę Pokoju Wspólnego Puchonów. W końcu dotarliśmy do kuchni. Remus połaskotał gruszkę i weszliśmy do pomieszczenia pod Wielką Salą. Po kilku sekundach otoczyło nas mnóstwo skrzatów. Byliśmy tu dość częstymi i lubianymi gośćmi. Po jakiś piętnastu minutach szliśmy po korytarzach lewitując jedzonko. Weszliśmy do Pokoju Wspólnego, gdzie tylko pierwszoroczniacy przyglądali się nam ze zdziwieniem. Reszta już się przyzwyczaiła. Czekanie na resztę zeszło nam na miłej konwersacji. Po niedługim czasie do dormitorium wpadli Peter, Lucy i Audrey (Lily(L): w szoku wywołanym pięknością…) (James(J): chyba brzydotą) (L: nie przerywaj mi) (J: Sorry) (L: Wybaczam. Pięknością naszej wioseczki.), Kelly i Alice, która zabrała się za pisanie listu do swojego, rok od nas starszego chłopaka, Franka Longbottoma, który był na szkoleniu aurorskim. Nie wiem jak ta dziewczyna mogła się skupić. W ruch poszły butelki, opowieści, wspomnienia… W końcu Audrey zaproponowała zakład. Chłopaki na dziewczyny. Każda z grup miała wybrać reprezentanta, który najwięcej wypije. Przegrani wykonują zadanie.
-Oki. Słuchajcie dziewczyny.- zaczęła Audrey, gdy zebrałyśmy się w kółeczko, by omówić szczegóły.- Mam swoje sposoby, tak że wygramy. Teraz należy tylko wybrać nagrodę.
-Dobra. Czyli ty nas reprezentujesz?- zapytała Kelly, a ja i Lu pokiwałyśmy głowami.- Co wy na najmniej tydzień spełniania każdej naszej prośby?
-Dobra, my już mamy.- powiedziałam głośno do chłopaków. Nawet ich to nie bardzo interesowało, bo byli pewni wygranej.- Tydzień spełniania każdej naszej zachcianki.
-Oki.- zgodzili się chłopcy. Remus przedstawił ich żądanie.- Miesiąc chodzenia z nami. Ja i Audrey, Syriusz i Lucy, Peter i Kelly, o was chyba nie muszę wspominać.
-Oczywiście Luniaczku.- James podszedł i przytulił mnie.- Nasza miłość jest wieczna.
Zaczęło się picie. Black i Kothran pili butelka za butelką i tylko ja zauważyłam, że Audrey wlewa do Ognistej coś z jakiejś fiolki. Rozpoznałam rozpuszczalnik alkoholowy. Powodował spadek procentów. Po dwunastej Łapunia padł na łóżko Lucy. Alice przyłączyła się do zabawy. Impreza trwała całą noc, choć dla mnie skończyła się o czwartej, kiedy padłam na łóżko i w przeciągu kilku sekund usnęłam.

Dodatkowo nocia dedykowana jest mojej ukochanej siostrzyczce ciotecznej Lenusi. Witam w moim świecie. Spoko jeszcze nie zwariowałam.
komentarze [11]

Różowy łeb i papuga, co chce krakersa cz.I >> piątek, 1 grudnia 2006 20:26:52
Ciąg Dalszy Następuje W Tej Chwili
Na pamiętnym czwartym piętrze drogę zastąpił mi Lucjusz Malfoy. Ciekawe, że zawsze zdarza mi się to właśnie w tym miejscu. Może czai się na mnie tutaj ze względu na jakieś wydarzenia z przeszłości, które odbiły się na jego psychice? Niestety jest to zagadka, którą można zaliczyć do nieodgadnionych.
-Znowu się spotykamy Evans.- sposób, w jaki wypowiedział moje nazwisko, powiedział mi, co blondyn o mnie sądzi. Była to mieszanka trzech uczuć: pogardy, pożądania i … strachu. Obydwoje wyjęliśmy różdżki. Już w powietrze miały lecieć pierwsze zaklęcia, gdy nagle…
-Co tu się dzieje?- zapytała McGonnagal, wychodząc zza rogu korytarza. Oczy zwęziły jej się podejrzliwie.- Natychmiast wracajcie do swoich domów.
Odwróciłam się i poszłam w stronę portretu Grubej Damy. W dziurze za obrazem zderzyłam się z kimś. To była Lucy, wkurzona jak rzadko kiedy.
-Hejka. Co jest?- zapytałam podnosząc się z ziemi, co wywołało obłok kurzu. I Filch niby tu sprząta?
-Chodźmy przejść się na błonia.- zaproponowała. Przeszłyśmy kilka razy dookoła jeziora. Okazało się, że jej podopieczny nie ma zamiaru ani jej słuchać, ani się uczyć. Poza tym był jeszcze Black.
-Czasami myślę, że coś do niego czuję, ale kiedy widzę go jak flirtuje z innymi dziewczynami…- mówiła Lucy, kiedy po raz czwarty okrążałyśmy jezioro. Nagle trafiły w nas śnieżne kule. Stop. Śnieg we wrześniu?! Coś mi tu nie pasowało. Szybko obróciłyśmy się. Za nami śmiejąc się stali James i Syriusz.
-Jamesie Potterze i Syriuszu Blacku.- powiedziałyśmy niby spokojnie, a jednak z tą nutą groźby. Rogacz podszedł do mnie i przytulił się. Łapa chciał to samo zrobić Lucy, lecz ta odepchnęła go. Postanowiliśmy pójść na kolację, ponieważ było już dość późno. Obiad minął nas, gdy byliśmy w Hogsmade, wiec nieźle burczało nam w brzuchach. Weszliśmy do Sali. Remus marnie wygląda. Nie podoba mi się to. W zeszłym roku też tak miał. Chłopaki wiedzą o co chodzi, ale nie chcą nam powiedzieć o tej „chorobie”. W sumie nie wiem jak to określić. Od niechcenia przejrzałam stół nauczycielski. Brakowało tylko Dumbledore i McGonnagal. Po chwili wszedł nasz dyrektor.
-Moi drodzy uczniowie. –zaczął, omiatając wzrokiem całą salę. Wyglądał na zmęczonego, ale w jego oczach iskrzyły się płomyki radości.- Chciałbym, abyście gorąco powitali naszą nową koleżankę, która przybyła do nas z Beuxbatons.
Rozległy się brawa, a na salę weszła McGonnagal ze stołkiem, na którym spoczywała Tiara Przydziału. Za sorką szła niska, szczupła dziewczyna. Miała duże, niebiesko-szare oczy i blond włosy do połowy pleców.
-Oto Audrey Kothran.- przedstawiła nową uczennicę prof. Minerwa.- Usiądź na stołku i załóż tiarę, a ta powie ci do jakiego masz iść domu.
Dziewczyna nieśmiało usiadła na krawędzi drewna o czterech nogach i założyła naszą szkolną, starą szmatę. Kapelusz zastanawiał się chwilę, po czym wykrzyknął donośnie:
-GRYFFINDOR!
Zaczęliśmy klaskać i krzyczeć. Ślizgoni gwizdali, bo coraz więcej z nich przyłączało się do Voldemorta, a Audrey mogłaby także zasilić jego szeregi. Poza tym była nową, śliczną Gryfonką. Usiadła koło mnie i Lucy.
-Cześć. Jestem Lilly Evans.- przedstawiłam się.- To Lucy Stratford, Syriusz Black, Remus Lupin, Peter Petigrew i James Potter.
-Twój chłopak.- przypomniał mi mój chłopak. Objął mnie ramieniem i odwrócił się do Audrey- Czyli tzw. Huncwoci i Huncwocki.
-Miło mi was poznać.- powiedziała dziewczyna. W jej oczach kryła się niepewność. Chyba nie była typem osoby zbyt śmiałej.- Przepraszam, że zawracam wam głowę, ale czy później moglibyście pokazać mi zamek?
-Ja chętnie cię oprowadzę – matko, ten głos rozpoznam wszędzie. Lucek-Ulizaniec. Jak miło go znowu widzieć.- Jestem Lucjusz Malfoy.
-Audrey Kothran.- blondynka była chyba trochę speszona tak licznym zainteresowaniem jej osobą.- Myślę jednak, że lepiej będzie jeżeli oni mnie zapoznają z zamkiem.
-Czyli po prostu odwal się.- powiedziałam, gdy nasza męska wersja lalki Barbie otwierała usta by odpowiedzieć coś naszej nowej koleżance.- Spadaj.
-Phi, odezwała się szlama.- Lucjusz odwrócił się i odszedł, a nasza nowa koleżanka wycelowała różdżkę w jego plecy, wykonała parę ruchów i włosy Malfoya były różowe jak guma do żucia. Wybuchnęliśmy śmiechem. Zresztą nie tylko my. Nawet McGonnagal ledwo się powstrzymywała. Wstaliśmy od stołu i wyszliśmy z Wielkiej Sali, gdzie N.B.A. tłumaczyła właśnie różowemu łbowi, co się stało.
-Zróbmy sobie babski wieczór.- zaproponowała Lucy, gdy już doszliśmy pod portret Grubej Damy.
-To my się do was wbijamy.- powiedział Black. Próbował objąć i pocałować Lu , ale dostał z łokcia w żebra tak mocno, że zatoczył się i wypadł z dziury pod portretem. Zaczęliśmy się śmiać, ale najgłośniej robiła to Audrey. Syriusz zaklął i wstał.
- Co do waszego przyjścia…- zaczęłam, ale nie zdążyłam, bo jakaś małpa z funclubu mojego chłopaka podłożyła mi nogę. Nadepnęłam jej na stopę, po czym idąc dalej, poprawiłam jej wygląd dodając wąsy. Cały pokój wspólny zaczął chichotać, a koleżanka wąsatej podprowadziła ją do lustra. Dopiero w dormitorium usłyszałam jej krzyk. Zaśmiałam się złośliwie. Od kiedy jestem z Jamesem, świat jest dla mnie lepszy. Może dlatego, że nie słyszę za swoimi plecami : „Evans, umówisz się ze mną?”. No cóż to było stresujące. Za chwilę do dorma wpadła reszta Huncwociątek wraz z Audrey, którą mogę już chyba uznać za jedną z nas.
-Co do waszego przyjścia na NASZ wieczór.- zaczęłam kończyc swoja wypowiedz, którą usiłuję wygłosić od piętnastu minut. Na razie z marnym skutkiem.- Jeśli przybędziecie, to nie będzie już babski.
-A co wątpisz w naszą kobiecość?- zapytał James piskliwym głosikiem. Roześmiałam się i pokiwałam głową. Potter zbliżył się i zaczął mnie całować. Wiedział doskonale, że już na pewno się zgodzę.
- Was też trzeba przekonać?- zapytał Remus patrząc na Kothran. Nasz mały Lunio nam dorasta (chlip, łza wzruszenia).
-Nie.- odpowiedziała krótko, acz dosadnie Lucy. Spoglądała podejrzliwie na Syriusza, który zbliżał się do niej z wyciągniętymi rękoma i ustami w dzióbek.- Nawet nie próbuj, Black.
-Black?! Wcześniej było Syriuszu, kochanie…- zaczął wyliczać Łapa. Jak zwykle nie dane mu było dokończyć.
-Kochanie!? Nigdy nie mówiłam do ciebie kochanie!- krzyknęła Lu. Miałam dziwne wrażenie, że na dole w PW umilkło. Musiałam uniknąć ich kłótni, bo inaczej nic by nie wyszło z wieczorku. Objęłam oboje ramionami i spojrzałam z uśmiechem w pełną wyzwania twarz Syriusza i wściekłe oblicze Lucy.
-Spokojnie.- wiedziałam, że ten wyraz równie dobrze może wywołać burzę.

Miałaś racje Martusia. Skracam tę nocię, bo od dłuższej to byście padli na raka oczu, a ja nie chcę sponsorować wam wizyt u okulistów. Ostrzegam was, że następna nocia będzie ciut zaskakująca, ale nie oceniajcie bohaterów po jednym wieczorze. Tak jest tylko w wyjątkowych sytuacjach. Miłego zostawiania komentarzy. Buziaczki
Ewa

komentarze [10]

Dzień nie dokońca... opisany >> poniedziałek, 25 września 2006 19:10:34

Przepraszam,przepraszam,przepraszam.Powinno się mnie powiesić na sygnalizatorze świetlnym albo zepchnąć z krawężnika.Po prostu ostatnio:
a)miewam braki czasowe,
b)miewam braki weny,
c)miewam doły.
Na szczęście to ostatnie jest uleczalne.Bardzo mi pomagają w tym wasze komentarze.Za nie jestem wam bardzo wdzięczna.Zapraszam na moje inne blogi może nie tak udane jak ten,ale zawsze. www.owca5746.mylog.pl ,www.zycie-koszmar.mylog.pl oraz www.connie-rohan.onet.blog.pl
5 września 1987 r.
O dziesiątej obudziła mnie przyjaciółka.Okazało się, że za pół godziny mam trening. Wstałam i nic nie widząc ze zmęczenia, powlokłam się do łazienki.Umyłam się,co dobudziło mnie kompletnie,ubrałam itd.W końcu zeszłam na śniadanie.Zdążyłam zjeść może ze dwie łyżki płatków,kiedy zawołał mnie James,nasz kapitan.Ja,on,Syriusz,Lindsay z piątego roku,Dominic z szóstego i Katherine z trzeciego,poszliśmy razem na boisko.Zrobiliśmy krótką rozgrzewkę i kilka minut pograliśmy.Ustaliliśmy także datę wyboru ostatniego członka drużyny,trzeciego ścigającego.Środa o 16.00.Poszliśmy pod prysznice,a potem James i ja maszerując raźnie,dotarliśmy do Hogsmade. Najpierw powędrowaliśmy do Miodowego Królestwa, Zonka, a potem do Trzech Mioteł, gdzie spotkaliśmy resztę przyjaciół. Razem śmialiśmy się chyba trzy godziny, ale niestety musieliśmy wrócić do zamku na odpracowanie szlabanu. Jak najwolniej powłóczyliśmy się do jaskini strachu (czyt. gabinet McGonagall). Czekała tam na nas z szóstką dzieciaków. Na szczęście nie zauważyłam wśród nich żadnego Ślizgona. Mnie trafiła się mała, wystraszona blondyneczka z Ravenclawu. Lucy miała gorzej. Musiała pomagać jakiemuś rudemu Puchonowi-metalowcowi, który wyglądał, jakby trafił do nieodpowiedniego domu. Poszłam z Elizabeth (bo tak miała na imię) do biblioteki, gdzie odrobiłam z nią prace domowe i wytłumaczyłam kilka rzeczy. Mała była pojętna i miła. Gdy już się rozkręciła, wyznała, że nie umiała, bo bała się pytać nauczycieli. Dziwne.
-Mogę nazywać cię mamą?-zapytała, kiedy po skończonych zajęciach odprowadzałam ją do pokoju wspólnego.-Ja nigdy nie miałam mamy.Zginęła jak miałam trzy lata.
-Tak mi przykro.Oczywiście, że możesz.-powiedziałam i przytuliłam Lizzy.Małe biedactwo.Odczekałam aż zniknie w dziurze za posągiem i ruszyłam do PW.Na pamiętnym czwartym piętrze drogę zagrodził mi…

P.s.Nie żebym miała coś do rudych metalowców,ale oni wydają mi się najbardziej buntowniczy takie połączenie czarny+bracia Weasley.
C.D.N.

komentarze [7]

>> sobota, 29 lipica 2006 23:00:36
Elo.Sorki za to,że tak długo nie pisałam,ale byłam na obozie harcerskim.W poprzedniej notatce Syriusz i Lucy spali w Skrzydle Szpitalnym.Sorki Sonia,ale to co napisałam u ciebie w komentarzu tyczy się dzisiejszej notatki.Dedykuję tą notatkę Słowiczkowi,bo mimo wszystko czyta to dalej.
4 września 1987 r.
Obudziłam się o czwartej nad ranem.Ktoś gładził mnie po włosach.Otworzyłam oczy.James obudził się i patrzył na mnie z uśmiechem.
-James!-wydyszałam.Tak się ucieszyłam,że przybliżyłam się i pocałowałam go.On złapał mnie w talii,podniósł i położył koło siebie na łóżku.
-To ja może jeszcze raz będę nieprzytomny-zaproponował James.W jego oczach pojawiły się figlarne ogniki.-Skoro tak masz mnie witać.
Roześmieliśmy się,a ja nie mogłam się powstrzymać i ziewnęłam.W końcu spałam tylko niepełne cztery godziny.
-Wiesz co,kochanie?-powiedział .Uwielbiam,kiedy tak do mnie mówi.Wypowiada ten wyraz tak ciepło.-Idź do dormitorium się przespać.
Wstałam.Pocałowałam go i wyszłam.Byłóam tak śpiąca,że do wieży szłam z zamkniętymi oczami. Otworzyłam je dopiero przed portretem Grubej Damy.
-Pomarańcze w czekoladzie!-krzyknęłam,a mój głos potoczył się echem po pustym korytarzu.Weszłam,a to co zobaczyłam,zwaliło mnie z nóg.Na kanapie przed kominkiem spali,słodko do siebie przytuleni,Syriusz i Lucy.Nie zazdroszczę mu,jak się Lu obudzi.Dostanie taki ochrzan,że nie wiem,czy wytrzymają mury tego starego zamczyska.Musze to koniecznie zobaczyć.Skoczyłam do dormitorium po dwa koce.Kelly i Alice jeszcze chrapały.Piąte łóżko było wolne.Musieli je tutaj niedawno wstawić,bo wieczorem go jeszcze nie było.Hm…Ciekawe dla kogo?Dobra i tak się dowiem.Zeszłam spowrotem na dół.Przykryłam śpiącą parę,a potem sama zwinęłam się na fotelu.Obudziłam się o szóstej trzydzieści.W Pokoju Wspólnym nic się nie zmieniło.Po jakichś piętnastu minutach uznałam,że i tak usłyszę,a wraz ze mną wszyscy w okręgu pięciu mil,jak się Lucy obudzi.Wstałam,a sprężyny mojego fotela obudziły Syriusza.
-Lilly!-krzyknął,zaskoczony moim widokiem.Przyłożyłam palec do ust.-Ups.Rzeczywiście.Co ty tutaj robisz?Dzięki za koc.
-Nie ma za co.Chciałam zobaczyć jak Lucy daje ci ochrzan.-wzruszyłam ramionami.Black zmarszczył brwi.
-Lucy?Ochrzan?Sorry,ale nie rozumiem.Czekaj.-na twarzy Łapy odmalowało się zrozumienie.-Czy ty twierdzisz,że Lu śpi tutaj wbrew swojej woli?Lilly,jak możesz mnie podejrzewać o coś takiego?Mnie-wzór cnót?Nieładnie.
-Ty masz być wzorem cnót?-zapytała Lucy.Wstała i przeciągnęła się jak kot.-Może jeszcze zostaniesz księdzem?Jakbyś poszedł do jakiegoś zakonu to tam by w Boga przestali wierzyc.
-Znalazła się zakonnica!Zapomniałaś może o wczorajszym wieczorze?-na twarzy Syriusza pojawił się niebezpieczny uśmiech.Wstał i stanął naprzeciwko mojej przyjaciółki,która po ostatnich słowach zarumieniła się.
-Nie,pamiętam!Czemu ty się zawsze musisz mnie czepiać?-zapytała.Najwyraźniej była w bojowym nastroju.-Co ci we mnie tak nie pasuje?
-Twoje usta.-odrzekł spokojnie Black.Lucy podniosła brwi tak,że zniknęły pod wycieniowaną,czarną grzywką.-Przeszkadza mi w nich to,że jak dotąd ich nie pocałowałem.
-I nie zrobisz tego.-stwierdziła Luc,odwróciła się i poszła w stronę naszego dormitorium.
-Zobaczymy jeszcze.-jego szept dobiegł nas na schodach.Moja przyjaciółka odwróciła się w jego stronę.Kąciki ust drgnęły jej lekko.
-Owszem,zobaczymy.-powiedziała.Wspięłyśmy się po schodach.Po nocy spędzonej częściowo w fotelu,bolał mnie kark.Weszłyśmy do dormitorium.Lucy weszła do łazienki,a ja zaczęłam budzić Kelly i Alice.Po dziesięciu minutach zastąpiła mnie Lu.Werszłam do łazienki.Wzięłam prysznic,ubrałam się,uczesałam i umyłam zęby.Dziewczyny zaczęły się dowalać do łazienki,wiec zabrałam swoje rzeczy i zmyłam się.Spakowałam książki i poszłam z Lucy,Jamesem,Syriuszem,Peterem i Remusem na śniadanie.Wzięliśmy kilka tostów dla Kelly i Alice. Czekały na nas przed sala O.P.C.M.James odciągnął mnie na stronę.
-Lilly.-zaczął.Wpatrywał się we mnie niepewnie.Zaczęłam się zastanawia,czy przypadkiem wszystko ok. z jego stanem psychicznym.Oczywiście na tyle ok.,na ile pozwalało mu bycie jednym z Huncwotów.-Jutro jest Hogsmade.Pójdziesz ze mną?
-Dopiero po treningu quidditcha.-odpowiedziałam.Jemik pocałował mnie.Długo i przyjemnie.Ciekawe,czy faceci mają wrodzoną zdolność do całowania?Weszliśmy do klasy.Lubiliśmy naszego sorka,ale jego lekcja ciągnęła nam siędzisiaj w nieskończoność.Za oknem było słonecznie i ciepło.Grałam właśnie z Lucy w wisielca,gdy poczułyśmy okropny smród.Chłopaki podali nam zwykłe,mugolskiej maski przeciwgazowe.Założyłyśmy je.Po chwili cała klasa wybiegła na korytarz.
-James,co to było?-zapytałam.Dusiłam w sobie śmiech.
-Nic,kochanie.Tylko gaz śmierdzący.-powiedział.Jego głos brzmiał zabawnie ,tłumiony przez maskę.-Za dziesięć minut powinien rozprzestrzenić się po całej szkole.
-Acha.-no cóż.W sumie żart na poziomie.Świetnie się bawiliśmy na eliksirach,bo sorek i uczniowie cały czas latali do okna.Oczywiście tylko Ślizgoni.Gryfonom porozdawaliśmy maski.Na historii magii do klasy wpadła jakaś mała dziewczynka z Hufflepuff.
-Profesor McGonnagal prosi do siebie…-tu wyjęła karteczkę zapisaną drobnymi,starannymi literkami naszej sorki.-Jamesa Pottera,Syriusza Blacka,Petera Petregriew,Remusa Lupina,Lilly Evans i Lucy Stratford.
Jeszcze zanim zaczęła wyczytywać nasze nazwiska, wiedzieliśmy o co chodzi.Wstaliśmy z naszych miejsc i poszliśmy za Sarah(wiem,bo wyczytałam na jej plakietce),która rzucała nieśmiałe spojrzenia w stronę Syriusza.Kolejna fanka.Ech.Weszliśmy do gabinetu prof. od transmutacji.Miała na głowie coś w rodzaju akwarium dla rybek.Rozpoznaliśmy w tym zaklęcie bąblogłowy.
-Siadać!-przed biurkiem pojawiło się sześć krzeseł.Usiedliśmy.McGonnagal wyglądała jakby za chwilę miała wybuchnąć.-Gaz śmierdzący.Wiem,że to wasza sprawka.Nie odejmę wam punktów,bo nie uzbieraliście wystarczającej ilości,którą musiałabym wam odjąć za ten karygodny czyn.Szlaban.Będziecie prowadzić korepetycje dla młodszych uczniów,co sobotę,przez trzy miesiące.
-Ale pani profesor.-zaczął spokojnie James.Byliśmy przyzwyczajeni do szlabanów.-My ,tzn. ja i Lilly, mamy już jeden,a poza tym dziewczyny nie brały w tym udziału.
-Może i nie brały,ale na pewno o tym wiedziały.-powiedziała z przekonaniem.Co ona myśli,że jest wszechwiedząca?Nawet nie protestowaliśmy.Wstaliśmy i poszliśmy po torby,gdyż właśnie rozległ się głos dzwonka na przerwę.Pozostałe lekcje były spokojne,o ile spokojnym można nazwać ciągłe latanie do pielęgniarki i okien.Na obiedzie prof.Marti usiadł koło prof.McGonnagal.
-Czy mógłby pan wziąśc swój ogon z mojego talerza?-spytała uprzejmie sorka.
-Jaki ogon?-odpowiedział pytaniem na pytanie.Odwrócił się i zobaczył swoją małpią ozdobę.Zrobił się czerwony i niestety usunął to,co miał z tyłu.Nie zrobił tego starannie,więc wraz z ogonkiem zniknęły spodnie.Cała sala wybuchnęła śmiechem na widok Martwego w stringach w słoniki.Facet naprawił swój błąd i wybiegł z Wielkiej Sali.Prof.McGonnagal spojrzała na nas surowo,lecz nic nie mogła nam udowodnić.
Po kolacji ja i James zeszliśmy do Sali Wejściowej.Tam czekał na nas już Filch z Malfoyem.Ten drugi zmrużył oczy,gdy tylko mnie dojrzał.Odpowiedziałam mu promiennym uśmiechem.Woźny poinformował nas,że przez miesiąc będziemy mu pomagali sprzątać bez użycia różdżek.Żeby zapobiec bójkom,będzie nas pilnował.Mieliśmy zacząć od sowiarni.Po dwunastej Filch w końcu nas wypuścił.Skonana wróciłam do wieży i padłam na łóżko.Zasnęłam w ciuchach.

komentarze [14]

>> niedziela, 9 lipica 2006 22:43:20
Sorki za tyle czasu wolnego między notatkami.Czekam na dalsze propozycje imion.Wracam z obozu dopiero 27 lipca.


3 września 1987 r.
Dzisiejsze lekcje byłyby nudne, gdyby nie to, że wrócili Lucy i Syriusz. Poza tym byliśmy jeszcze my:ja, Remus i Peter. Ponieważ było nas tylko pięcioro, a nie zwyczajowo sześcioro, musieliśmy powiększyć o 1/6 przypadającą na każdego ilość kawałów dobowych. Przy okazji Luc nie odzywa się do Blacka, ale nie mogę dowiedzieć się, o co chodzi. Na transmutacji Syriusz zasypywał moją przyjaciółkę przeprosinami, aż w końcu ta wkurzyła się i zamiast zmienić swojego szopa w żabę błotną, transmutowała w nią Łapę. Obydwoje dostali za to szlaban. Razem. Lu była wściekła.
-Ewentualnie zawsze mogłaś go pocałować, może zmieniłby się w księcia?-śmiałam się z niej w drodze na runy. Dostałam za to książką od eliksirów w głowę. Musiałam jakoś wkupić się w łaskę mojej psiapsióły.Obydwie nie lubiłyśmy prof.Martiego, który nauczał nas runów. Nagle wpadła mi do głowy pewien pomysł. Należało rozłądować atmosferę w klasie. Luc widząc mój szatański uśmieszek, spojrzała na mnie z zaniepokojeniem. Weszłyśmy do sali.
Dziesięć minut przed dzwonkiem sorek odwrócił się do tablicy. Dla mnie była to doskonała okazja. Wykonałam pod stołem lekki ruch różdżką i wymówiłam formułę.Rozległ się cichy trzask i ze spodni starego profesora wystawał małpi ogon. Klasa zaczęła się śmiać. Profesor spojrzał na nas marszcząc brwi, ale nie zorientował się. Po wyjściu z klasy poszliśmy na drugie śniadanie.Chłopcy gratulowali mi pomysłu.
-Lucy, czy możesz mi w końcu wyjaśnić, czemu nie odzywasz się do Syriusza?-nie wytrzymałam w końcu. Ile razy on zadał jej jakieś pytanie, ona patrzyła na niego tak, że gdyby wzrok zabijał, Łapa już dawno padłby trupem.
-Może on ci to wyjaśni?-zaproponowała wkurzona, patrząc na niego z ciekawością.
-Po prostu wracając w nocy z toalety, trafiłem nie do swojego łóżka.-wytłumaczył Black. Uśmiechnął się szarmancko do Lucy.
-A do czyjego?-zapytał Peter, chociaż wszyscy znaliśmy odpowiedź na to pytanie.
-Do mojego!-krzyknęła tak głośno, że kilka Puchonek z drugiej klasy spojrzało na nas ze strachem.
-Och, Lu. Daj spokój.-powiedziałam. Miałam dość ich kłótni. Zaraz mieliśmy mieć eliksiry, więc musiałam się przygotować psychicznie. Zjedliśmy tosty i zeszliśmy do lochów. Tam czekali już Ślizgoni.
-Hej, Evans.-zawołała N.B.A., czyli Narcyza Black. Nie lubiłam jej. Wyglądała jakby podetknięto jej smocze łajno pod nos.-Zapłacisz za to, co zrobiłaś Lucjuszowi.
-Masz na myśli coś konkretnego, czy tak tylko kłapiesz mordą?-zapytałam dziewczyny Malfoya.
-Pojedynek. O północy. Siódme piętro. Koło portretu niewidzialnego dziecka we mgle.-powiedziała. Wyglądało to tak, jakby planowała to od dawna. Kiwnęłam głową na zgodę. Drzwi lochu otworzyły się. Całą piątką usiedliśmy na końcu. Bardzo brakowało mi Jamesa. Eliksiry mijały dośc spokojnie.Za spokojnie.Co prawda prof.Randalf odjął nam już jakieś pięćdziesiąt punktów,ale on traktował to jak obowiązek,a my się tym nie przejmowaliśmy.Przyzwyczajenie.Było po prostu nudno.Spojrzałam prosząco na chłopaków.Peter uchwycił moje spojrzenie i puścił mi oczko.Wziął butelkę ze śliną gumochłona i zaczął czołgac się między ławkami.Dotarł do kociołka Severus Snape.Chłopak na chwilę odwrócił się.Glizdogon wykorzystał okazję i wlał mu parę kropel.Wrócił na miejsce.Patrzyliśmy na to wszystko z uwagą.Wywar w kociołku Smarkerusa zaczął bulgotac i wrzec.Remus pokazał nam,żebyśmy padli pod ławki.Nastąpiło bum.Wychyliliśmy się z naszych schronień.Cała klasa wyglądała bajecznie.Wszędzie trawa pokryta kwiatuszkami.Tylko my ocaleliśmy.Reszta wyglądała jak żywopłoty.Mrugali jedynie zdziwieni oczyma.Profesor zerwał sobie kawałek murawy z twarzy i spojrzał na nasza piątke tarzającą się po podłodze.Usunął wszystko różdżką i przydzielił nam pracę domową.Wypatroszyc kilka beczek nietoperzy.Łe!To będzie obrzydliwe.Stracone punkty odzyskaliśmy na kolejnych lekcjach.Polecieliśmy na obiad.Podczas posiłku Lucy opowiedziała o pojedynku chłopakom.Zobowiazali się do pożyczenia nam peleryny niewidki.Oczywiście któryś z nich musiał iśc z nami.Wypadło na Syriusza.Odłozyliśmy nasze torby w dormitoriach i poszliśmy do Jamesa.Pielęgniarka usunęła mu już częśc bandaży.Posiedzieliśmy przy nim jakieś dwie godziny i poszliśmy do pokoju wspólnego,by odrobic lekcje.Za piętnaście dwunasta podnieśliśmy się z miejsc.
-Idziemy.-powiedział Syriusz.Założył na nas pelerynę niewidkę.W celach bezpieczeństwa objał Lucy w talii.O dziwo ta nie protestowała.Gdy doszliśmy na siódme piętro,dojrzeliśmy trzy osoby:N.B.A.,jej siostrę Bellatrix i chłopaka tej drugiej,Rudolfa.Zamiast jednego pojedynku były trzy.Naraz.Zaklęcia leciały we wszystkie strony świata.Po pół godzinie zostawiliśmy trzy galareto podobne ślimaki w szatach Slitherinu uwiązane pod pochodniami.Zakneblowaliśmy ich i ukryliśmy się pod peleryną niewidką.Poprosiłam pozostałą dwójkę,aby odstawili mnie do Skrzydła Szpitalnego.Chciałam odwiedzic Jamesa.Zresztą dobrze im zrobi,jak pobędą trochę sami.Weszłam do naszego szpitala.Mój chłopak dalej nie odzyskał przytomności.Usiadłam koło niego.Nawet nie zauważyłam,kiedy zasnęłam.



komentarze [5]

>> sobota, 17 czerwca 2006 17:49:53
Elo.Nową nocię dodam już niedługo, ale chwilowo mam problem. Niedługo (nie martwcie się nie w następnej noci) pojawi się nowa dziewczyna-Gryfonka. Podajcie swoje propozycję na imię dla niej. Jeden warunek: musi być angielskie. Do nastę pnej noci.Buziaczki Ewa
komentarze [4]





| Lay&html by Carmen for PANNA Y |



Menu

Przybyło tu
wielbicieli parasolek!

Księga

.:Zobacz:.
.:Wpisz się:.


Profil


Dodaj do ulubionych

O mnie

Dawne parasolki

Rozdział I – Parasolka

L i n k i

Moje opowiadania
Aleksandra Lestrange
Connie Rohan
Cassie Zollen
Eve Wright




K l u b y




U l u b i e n i

oceny-fanfictionmagiczny-pamietnik-lilyhp-szablonyhp-studiolegiliments


C R E D I T S:

Szablon wykonany przez Carmen
TYLKO dla Panny Y.
Zdjęcie zamku znalezione w GOOGLE
w dziale "Wallpapers".
Parasolki odnalezione w wyszukiwarce DEVIANTART.

Ogólna grafika - wykonana w GIMPIE.